Słońce powoli zachodziło za horyzont. Niebo zasnuły ciemne chmury, a
drzewa zaczęły uginać się przy powiewach wiatru. Katheryn spacerowała samotnie
po parku taszcząc za sobą wielką walizkę. W końcu, nieco zmęczona, usiadła na
ławce. Zdjęła plecak i sięgnęła po aparat fotograficzny. Mogła się poszczycić
porządną lustrzanką. W końcu była na tej kilkuosobowej wycieczce w roli
fotografa. Włączyła urządzenie i zaczęła przeglądać fotografie. Znalazło się
tam zdjęcie jej i dwójki przyjaciółek przy Big Benie, jak i wiele zwyczajnych
fotek zrobionych na ulicach Londynu. Przy jednym zdjęciu zatrzymała się na
dłużej. Mimowolnie się uśmiechnęła. Ona i Thomas, jej chłopak, zatopieni w
objęciach. Po jej policzku popłynęła łza. Była sama w obcym mieście, tak bardzo
go teraz potrzebowała, jego promiennego uśmiechu i wiecznie pozytywnego
nastawienia.
Nagle zadzwonił jej telefon. Sięgnęła do kieszeni
i odebrała połączenie.
-
Słucham?
- Kat? – usłyszała w słuchawce głos, który
tak bardzo chciała usłyszeć. – Wszystko w porządku?
- Jestem sama w obcym mieście, bez dachu
nad głową. Tak, wszystko jest w najlepszym porządku!
- Nie denerwuj się tak, wiesz, że nic nie
mogliśmy zrobić – jego głos był opanowany. – Kierowca był cholernie uparty.
- Ty mi się tu nie wypieraj kierowcą.
Mogliście na mnie poczekać, a nie myśleć tylko o sobie.
- No wiem, ale... – westchnął głęboko. –
Nie przejmuj się. Jestem już w drodze powrotnej. Jutro rano znów będziemy razem
– w jego głosie dało się wyczuć niesamowity optymizm.
Brunetka wytrzeszczyła oczy.
- Co? Rano?! Ty chyba sobie żartujesz...
- Niestety, skarbie, nie dam rady być
wcześniej. Kolejny autobus odjeżdża dopiero za dwie godziny.
Dziewczyna czuła, że zaraz się rozpłacze.
Powstrzymała łzy i opanowała się.
- No dobrze. To co w takim razie mam
zrobić? Spać na ulicy?
- Może... może nie śpij?
- Tak, oczywiście, będę całą noc wędrować
bez celu z ciężką walizką po Londynie. Wspaniały pomysł, Thomas! – niemal krzyknęła
do słuchawki.
Nagle poczuła jak coś mokrego spada na jej
dłoń. Podniosła wzrok i zobaczyła krople deszczu spadające na betonową ścieżkę.
No pięknie, jeszcze tego mi brakowało
pomyślała. Trzymając telefon próbowała sięgnąć do kieszeni walizki aby wyjąć
parasol. Skutek tego był taki, że walizka się wywróciła, a jej telefon cudem
uniknął spotkania z niewielką kałużą, która momentalnie powstała u jej stóp.
Podniosła urządzenie i wytarła je o brzeg bluzki.
- Tom, słuchaj, deszcz pada, muszę kończyć.
Radzę ci szybko przyjechać, pa – rozłączyła się i schowała telefon z powrotem
do kieszeni. Podniosła walizkę, która momentalnie zrobiła się mokra i otworzyła kieszeń, w której powinien znajdować parasol. Sięgnęła ręką i przeklęła siarczyście.
Kieszeń była pusta, a Kat myślała, że zaraz wybuchnie. Miała ochotę zabić
swoich przyjaciół, tylko lodowate strugi deszczu ochładzały jej myśli. Wstała z
ławki i ruszyła przez park starając się znaleźć jakieś schronienie lub chociaż
jakiś daszek, pod którym mogłaby przeczekać tą ulewę. Jednak jak na złość nie
było nic, pod czym mogłaby się ukryć, a deszcz padał coraz mocniej.
Jesteś w Londynie, idiotko. Czego się spodziewałaś? pomyślała
przewracając oczami.
Zrezygnowana ruszyła alejką w stronę
centrum, byleby wyjść w końcu z tego cholernego parku, w którym nawet drzewa są
na tyle dziurawe, że nie można się pod nimi schronić. Mimo, że pora była już
dosyć późna, zauważyła, że na alejkach był całkiem spory ruch. Niemal co chwilę
obok niej przechodził jakiś człowiek z parasolem, bądź też w pelerynie.
Zastanawiała się, jak idiotycznie musi wyglądać. Uśmiechnęła się sama do
siebie, na tą myśl. Jej włosy zdążyły już pozlepiać się w strąki, a ubranie
było całkiem mokre. W oddali już słyszała dźwięki ulicy, więc przyspieszyła
kroku. Po kilku minutach poczuła coś dziwnego. Poczuła na sobie czyjś wzrok.
Obejrzała się dyskretnie jednak nikogo nie zauważyła. Było dosyć ciemno, a
siarczysta ulewa utrudniała widzenie. Zadrżała lekko. Z zimna i ze strachu. Co
jeśli ktoś ją śledzi i tylko czeka by ją zaatakować? Jeszcze bardziej
przyspieszyła, gdy nagle znów poczuła wibracje w kieszeni spodni. Z wahaniem przystanęła
na środku alejki, by wyciągnąć telefon, gdy nagle zorientowała się, że deszcz przestał
kapać jej na głowę. Uniosła wzrok i zauważyła, że nad jej głową w magiczny
sposób pojawił się parasol.
- Nie masz jeszcze jakichś batonów na
zbyciu? – melodyjny głos zabrzmiał za nią przyprawiając ją o dreszcz. Niemal
podskoczyła ze strachu i odwróciła się gwałtownie, prawie wpadając na
właściciela parasolki - chłopaka, w którego niechcący rzuciła batonem na dworcu. – Spokojnie, przecież cię nie zjem – zaśmiał się
delikatnie.
- Co ty tu robisz? Śledziłeś mnie?
- Nie, często przychodzę do tego parku. To
czysty przypadek, że cię tu spotkałem.
- Kim ty w ogóle jesteś? – zapytała,
spoglądając na niego przymrużonymi oczyma.
- Wybacz – wyciągnął dłoń z kieszeni i
wystawił do przodu. – Matt Laytton.
Dziewczyna popatrzyła na wyciągniętą dłoń,
potem znów na twarz blondyna i znów na dłoń, po czym ją uścisnęła.
- Katheryn. Katheryn Harvey – uśmiechnęła się
nieśmiało.
- Katheryn... – wyszeptał jej imię patrząc
gdzieś w górę. Dziewczyna speszyła się na dźwięk jego głosu, a jej twarz
pokryły rumieńce. – Co robisz sama, bez parasola i z walizkami, w Londynie?
- Długa historia...
- Wiesz, mam czas – odpowiedział, nie
przestając się uśmiechać.
Brunetka westchnęła głęboko. Nie wiedziała,
czy może ufać temu chłopakowi, jednak coś wewnątrz niej mówiło, że jest w
porządku.
- No dobrze – odgarneła kilka mokrych
kosmyków z twarzy. - Przyjaciele mnie
wystawili. Przyjechaliśmy tu na wakacje, a skończyło się na tym, że oni są teraz
gdzieś w drodze powrotnej do domu, a ja tutaj bez niczego. Wszystko przez ten
baton, którym cię znokautowałam – uśmiechnęła się delikatnie, na co on
odpowiedział jej tym samym. – Gdybym nie zatrzymała się przy kiosku, to bym
zdążyła. Mój chłopak powiedział, że przyjedzie po mnie jutro rano, ale nie mam
gdzie spać i dlatego tak się tułam po tym parku. Cóż, gdyby nie deszcz, to
byłoby nawet przyjemnie.
- Kochana, to jest Londyn – spojrzał na nią
unosząc do góry jedną brew.
-
Wiem! – niemal krzyknęła. – Ale to nie moja wina, że mi zabrali parasol!
- No dobrze, dobrze. Nie denerwuj się –
odpowiedział jej spokojnie i zamyślił się na chwilę. – Mówisz, że nie masz
gdzie zostać na noc...
- Dokładnie – spuściła głowę w dół
uświadamiając sobie w jak beznadziejnej sytuacji się znajduje.
- W sumie... Mogłabyś przenocować u mnie –
powiedział ostrożnie, jakby bojąc się jej reakcji.
- Co? – zapytała zaskoczona. W jej głowie
zapaliła się czerwona lampka ostrzegawcza. Nieznajomy chłopak proponuje jej,
żeby przenocowała u niego. Nie potrafiła wyczuć, czy ma dobre intencje, czy też
nie.
- No tak. Mieszkam sam, mam wolny pokój.
Miałabyś gdzie spać, a rano spotkałabyś się ze swoim... chłopakiem – ostatnie słowo
powiedział z jakimś takim dziwnym wyrazem twarzy, jednak Katheryn to
zignorowała. – Poza tym musisz się wysuszyć – chwycił w dwa palce strąk jej
włosów. – Bo inaczej na pewno się przeziębisz.
Dziewczyna zapatrzyła się w jego niebieskie
oczy. Było w nich widać szczerość i troskę. Postanowiła, że mu zaufa. Zresztą,
miała jakieś inne wyjście?
- No... dobrze - odpowiedziała powoli. – Ale
nie chcę ci się narzucać...
- No co ty? – odpowiedział patrząc w jej
błękitno-szare tęczówki. – Ty? Narzucać się? Nigdy. Po prostu... potrzebujesz
pomocy, więc pomoc otrzymasz – uśmiechnął się szeroko, unosząc lekko ramię. –
Mam nadzieję, że masz jeszcze kilka batoników w swojej torbie? – zapytał nieśmiało
odwracając wzrok.
Brunetka zaśmiała się głośno.
- Jakiś się znajdzie – odpowiedziała wyraźnie
szczęśliwsza, wzięła chłopaka pod ramię, po czym razem ruszyli alejką w stronę
centrum.
***
Muzyka grała na tyle głośno, że nie słyszał
co mówi do niego blondynka siedząca mu na kolanach. Rozejrzał się po pokoju.
Tłum ludzi tańczył na środku, kilka osób próbowało rozmawiać, para stała przy
oknie i całowała sie namiętnie. Na stoliku w kącie stało kilka butelek alkoholu,
które drżały lekko przy każdym mocniejszym uderzeniu ciężkiego basu. Nagle dzika
muzyka na chwilę ucichła, a w głośnikach zabrzmiał walny kawałek.
- Claire, może zatańczymy? – zwrócił się do
dziewczyny, na co ta się uśmiechnęła i wstała. Brunet również się podniósł, po
czym wziął dłoń blondynki i poprowadził ją na sam środek pokoju. Wtulił się w
nią, po czym zaczęli kołysać się na boki w rytm muzyki. – Kocham cię, wiesz? –
wyszeptał jej prosto do ucha.
- Ja ciebie też, wariacie – zaśmiała się
delikatnie i mocniej się do niego przytuliła.
- Wiesz, czego teraz pragnę najbardziej na
świecie? – wymruczał.
Dziewczyna oderwała się od niego na chwilę
i popatrzyła w jego ciemne tęczówki. Ujrzała w nich pożądanie. Uśmiechnęła się
zawadiacko po czym ponownie wtuliła się w jego tors.
- To co? Może po imprezie pójdziemy do
mnie? – wyszeptał ponownie wtulając twarz w jej włosy.
- Ależ oczywiście – odpowiedziała mu ze
śmiechem.
Piosenka się skończyła, jednak oni stali
dalej wtuleni w siebie. W końcu postanowili zejść z parkietu i skierowali się w
stronę stolika z alkoholem.
- Zrobisz mi drinka? Muszę iść do łazienki?
– zapytała przegryzając usta.
- Jasne – powiedział, biorąc butelkę do
ręki. Oparł się o ścianę i rozglądnął dookoła. Impreza była naprawdę udana.
Uśmiechnął się sam do siebie na myśl o dzisiejszej nocy.
- Widzę, że nasz casanova znów jest z
siebie zadowolony – usłyszał głos zaraz obok siebie. Odwrócił głowę na prawo i
ujrzał swojego najlepszego kumpla, który stał z butelką piwa w ręku i
przyglądał mu się uważnie.
- Jason, nie masz już co robić, tylko
śledzić każdy mój ruch? – zapytał brunet dolewając płyn do kieliszków.
Szatyn zaśmiał się głośno, po czym napił
się z butelki.
- Wcale cię nie obserwuję. Po prostu jakoś
tak sam mi wchodzisz w kadr.
- Bardzo śmieszne – wykrzywił twarz w grymasie po czym odwrócił się tyłem do
kolegi.
- Cóż, widzę, że szykuje się kolejna upojna noc, co? –
zapytał opierając się jedną dłonią o ścianę.
- Nie twoja sprawa – burknął nawet na niego
nie spoglądając.
- Will, ja wiem, że nie chcesz się wiązać
na stałe, ale żeby z każdą dziewczyną iść do łóżka? – pokiwał głową. –
Przystopuj trochę. Jeszcze nie skończył się twój... związek, czy jak to tam
nazywasz, z Amy, a już zarywasz do kolejnej laski? Jak ona się nazywa? Leir?
- Clair! – krzyknął. – A poza tym, to nie
twoja sprawa!
- Jasne, że nie moja, ale nie możesz tak
grać wiecznie. Uważaj, one się mogą zemścić.
- Taa, jasne... I ciekawe co mi zrobią –
odpowiedział odchodząc od stolika. Zignorował przyjaciela i podszedł do
blondynki całując ją namiętnie i podając jej drinka.
- Żeby nie było, że nie ostrzegałem... –
powiedział do siebie Jason, po czym wyrzucił pustą butelkę po piwie do kosza.
______________________________________________
no to macie pierwszy rozdział :) mam nadzieję, że może być, jakiś taki napływ weny miałam :) komentarze mile widziane :))
super rozdział!:)
OdpowiedzUsuńjejuuu.. jaki zajebisty, dawaj następny :) Taki całkiem inny :)
OdpowiedzUsuń@VeryLike1D xx